W gęstej ciemności szedł przez jakieś pustkowie. Czuł jedynie samotność. Potężną, nie dającą się odeprzeć samotność. Wyczuwał, że obok jest więcej takich, jak on: samotnych, pozbawionych nadziei, a nawet słyszał ich. Chodzili tam i z powrotem, czasami wpadając na siebie nawzajem. Nikt jednak nie mówił „przepraszam”, zajęty swoimi sprawami, nieczuły na tych, którzy błąkali się koło niego.
Sargura też to nie obchodziło, co dzieje się z innymi. Myślał tylko o jednym: wyrwać się stąd.
- Jak odpowiednio je ułożę, to na pewno mi się uda - mamrotała obok niego jakaś kobieta siedząca nad talią kart.
- Co ci się uda? - spytał zaciekawiony Sargur.
- Wyjść stąd, oczywiście. Całe życie karty pokazywały mi drogę i teraz też na pewno podpowiedzą rozwiązanie.
Kawałek dalej ktoś liczył na palcach swoje zasługi i porównywał z wypisanymi obok błędami.
- Chyba przeważają zasługi, chyba błedów jest mniej… - liczył głośno.
Jakiś bogato ubrany mężczyzna chodził wokół wołając.
- Kupię plan wyjścia stąd. Dużo zapłacę! Mam pieniądze! - odpowiedzią była cisza.
- Wypuśćcie mnie! Ja muszę wracać! Tam zostały moje dzieci! - darła się jakaś zrozpaczona kobieta...
Nikt na nią nie zwracał uwagi. Każdy każdego ignorował, zajęty tylko sobą.
- Gdzie ja jestem? - spytał głośno Sargur.
- Tu, gdzie zawsze chciałeś trafić - rozległ się znajomy głos. Powietrze zgęstniało i przed nim pojawił się osobiście Haqn. - Różnie na to mówią, ale tak wygląda przyszłość każdego śmiertelnika. Nie ma znaczenia, czy wie, że służy Czerwonemu Księciu, czy nie. Tu oczekiwać będziecie do końca świata na sąd - diabeł znowu wybuchnął tym swoim rechotem.
- Oczekiwać? - Sargur zdziwił się. - To nie zostałem martwiakiem ani demonem?
Haqn wyraźnie wykrzywił twarz w grymasie.
- No właśnie, nie. Namieszałeś mi, bo co prawda otwarłeś bramę, ale nie wziąłeś udziału w bitwie. Twoje serce odwróciło się ode mnie, a kiedy zjawił się ten szaleniec na wieży i zaczęła się burza, uznałeś, że ten, który ich przysłał jest mocniejszy i większy ode mnie. Dlatego staniesz przed Jego sądem i On zdecyduje, co dalej z tobą. Lecz ja mam na ciebie haka. I tak jesteś mój. Spotkamy się już niedługo.
- Niedługo? - znów zdziwił się Sargur. - Przecież mamy oczekiwać wieczność.
- Tutaj nie ma czasu. Wieczność to trwanie. Wczoraj i jutro łączą się w dziś. Sąd będzie za chwilę. Chwilę tak długą, jak wieczność i wieczność tak długą, jak chwila - wyjaśnił Haqn. - No to cześć, do zobaczyska. Muszę frunąć - Haqn rozłożył błoniaste skrzydła i wzbił się w powietrze.
Sargur został sam. Ma do wyboru trzy rodzaje wieczności. W tej pustce, w armii martwiaków i w armii piekieł. No i to, co po wyroku, co jest niewiadomą.
Znów się rozejrzał. Ciemność była tak gęsta, że nie sposób było zobaczyć, gdzie jest ziemia, a gdzie niebo. Wszystko było czarne. Mdłym niebieskawym światłem jaśniały tylko snujące się tu istoty. Zastanawiał się, czy tylko on je widzi, czy one nie widzą siebie nawzajem? Tak to wyglądało, choć niedaleko dwie zjawy zajadle walczyły ze sobą o coś.
Nagle w oddali zobaczył inne światło. Nie było mdłe, ani błękitnoblade, ale ciepłe i żółte. Jak blask słońca. Ruszył w tamtą stronę.
Plama światła rosła, aż oczom ogra ukazał się rozświetlony słońcem różany ogród. Pomiędzy krzakami kwitnących kwiatów krzątał się ogrodnik. Nie miał niebieskawej poświaty i nie snuł się. Był opalony, rumiany, pełen sił.
- A tobie co? - zwrócił się ogrodnik do podwiędłego kwiatu róży herbacianej. - Chorujesz?
Dotknął dłonią płatków i kwiat od razu nabrał życia.
- A z ciebie to już chyba nic nie będzie - zwrócił się do uschłej gałązki. Odciął ją i wyrzucił.
- Kim jesteś? - spytał Sargur. - I gdzie ja jestem?
Ogrodnik spojrzał na niego bez zdziwienia. Jakby od zawsze Sargur był w tym ogrodzie, a nie dopiero przyszedł.
- Haqn już ci powiedział - uśmiechnął się ogrodnik.
- Kraina umarłych?
- Można tak powiedzieć, choć jak widzisz, wciąż się poruszasz, mówisz, myślisz, czujesz. Jeśli to nie jest życie, to co nim jest?
- Ale tam zginąłem?
Ogrodnik skinął głową.
- Mało jest istot zdolnych przeżyć wybuch, pożar i zawalenie się stropu jednocześnie - odpowiedział. - Kim jestem? Jak widzisz jestem ogrodnikiem. Doglądam tych różanych krzewów.
- Tu, w tej pustce?
- Dla jednych to pustka, dla innych ogród. Rozejrzyj się.
Ogr dopiero teraz podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Różany ogród, w którym rozmawiali, był ogromny. To nie kilka krzaczków, jak zdawało mu się na początku, a ogromny labirynt roślin. Otaczał go wysoki żywopłot, zza którego słychać było odgłosy spokojnych i radosnych rozmów. Skądś z dala dochodził śmiech i śpiew dzieci. Mrok i snujące się zjawy znikły.
- Są tu nadal - powiedział ogrodnik, jakby czytając Sargurowi w myślach. - Tuż obok. Nie są jednak w stanie zobaczyć ogrodu.
- Zasłaniasz im go?
- Nie - ogrodnik zaprzeczył ruchem głowy. - Sami go sobie zasłaniają.
- Czy...?
- Czy możesz tu przyjść? Właśnie przyszedłeś. Czy możesz tu zostać? To już zależy od ciebie. Ja mogę wpuścić każdego, ale nie każdy chce wejść...
Światło zniknęło. Zniknął też ogród. Sargura znów otaczał mrok, w którym snuły się świecące blado istoty.
Rozległy się głosy trąb. Przejmujące i donośne. Tłum zaczął gęstnieć. Świetliste istoty tłoczyły się i gromadziły rzędem przy jakiejś ścianie. Nagle z oddali wytrysnął snop jaskrawego światła. Promień kończył się na ścianie wycinając w niej jasnobiały krąg.
- Kto pierwszy? - rozległ się głęboki, czysty głos. - Kto pierwszy chce stanąć przede Mną?
- Ja! - z tłumu wyrwał się bogato ubrany mężczyzna w nieskazitelnie białej szacie. - Ja pierwszy! Panie, to ja. Pamiętasz mnie. Stałem codziennie w Twojej świątyni wołając do Ciebie. To ja dawałem największe ofiary i ja nie pozwoliłem, by cokolwiek skażonego przekroczyło próg mego domu. Ja...
Sargur patrzył na zdumionego mężczyznę. Patrzył i nie wierzył oczom. Szata, która przed chwilą wydawała się biała, teraz wyglądała… nie, nie brudna. Brud w porównaniu z tym, co było widać, to absolutna czystość . Skraj szaty był czerwony od krwi, a drogie ozdoby i przybrania w świetle okazały się kałem i wymiocinami.. Palce człowieka były aż czarne od pieniędzy. Najgorsze były jednak jego usta. Całe umorusane jakimś szlamem. Kiedy mówił czuć było zapach stęchlizny.
- Panie, znasz mnie, prawda? Znasz? - powtarzał mężczyzna, jakby powoli sobie uświadamiając prawdę. Zamilkł, a cisza, jaka zapadła, brzmiała, jak wyrok.
- Nie znam cię i nigdy cię nie znałem. Nie ma cię w moich księgach.
- Ale... Ale, panie, tyle dla ciebie zrobiłem! - mężczyzna próbował protestować.
- Czy sądziłeś, że można mnie przekupić, jak ciebie? - spytał głos. - Byłeś sędzią. Za pieniądze dopuszczałeś fałszywe oskarżenia. Wyrokowałeś na rzecz tego, kto lepiej zapłacił. Kłamałeś, by osłonić złoczyńców. Niewinni zostali przez ciebie skazani na śmierć. Czy myślałeś, że pieniędzmi to okupisz. Oto twoje pieniądze!
Od strony światła w sędziego sypnął się grad złotych monet. Setki milionów krążków, tony złota. Sargur nigdy nie widział takiego bogactwa.
- Panie, Panie... - mamrotał sędzia, rzucając się na ziemię, żeby zebrać pieniądze. Światło odsunęło się od niego.
- Kto następny? - spytał głos. Zapadła cisza. Nikt nie ośmielił się wysunąć przed światło.
- Może ja? - w kręgu stanęła kobieta. I ona wydawała się czysta, podobnie, jak pierwotnie sędzia. - Żyłam uczciwie i honorowo. Pilnowałam dobra. Nie usiłowałam cię przekupywać swoją pobożnością. Zawsze dbałam...
Chichot tłumu nie dał jej dokończyć. Wydłużone nienaturalnie uszy, wybałuszone oczy i latający jaszczurczy język były zbyt jednoznaczne.
- Tak - potwierdził głos od światła. - Nie narzucałaś mi się. W ogóle o Mnie nie myślałaś. Wolałaś podsłuchiwać, co mówią inni i rozpowiadać o tym dookoła. A co z tą dziewczyną, którą posądziłaś o kradzież złotej spinki. Oczerniona przez ciebie utopiła się, a spinka znalazła się za komodą. Sama ją tam zrzuciłaś...
- Ja nie wiedziałam, to była pomyłka... Ja...
Promień odsunął się od niej.
Tłum zaczął odsuwać się od światła. Krąg pośrodku zrobił się większy. Każdy bał się wyjść. Każdy bał się tego, jaki wyrok usłyszy. Każdy gorączkowo sprawdzał, jaki zarzut może zostać mu postawiony.
Promień zatrzymał się na wysokim szczupłym mężczyźnie. Oświetlony stał chwilę nieruchomo, w końcu odezwał się.
- Nie jestem doskonały i o tym wiem… Nie ukrywam swoich wad i głośno o nich mówię... Dlatego liczę na Twoje wybaczenie…
- A na jakiej podstawie na to liczysz? - przerwał głos od strony światła. - Czy sam potrafiłeś wybaczać? Pamiętasz jak oskarżyłeś twoją żonę o kłamstwo i zdradę? Jakie miałeś dowody? Plotki, domysły i przypuszczenia. Ale nie chciałeś słuchać jej wyjaśnień. Wolałeś ją oskarżać. Tak ci było wygodniej. Nawet, kiedy przeprosiła cię za coś, czego nie zrobiła, a ty powiedziałeś, że jej wybaczasz, nadal jej to wypominałeś… Zatruwałeś jej życie przez lata. Zamartwiała się tym tak, że zmarła… A ty nawet wtedy uważałeś, że to jej wina. Nawet o jej śmierć miałeś do niej pretensję. Nie umiałeś i nie chciałeś dostrzec własnych błędów, a co dopiero przyznać się do nich. I ty oczekujesz wybaczenia? A czy ty umiałeś wybaczyć? Jak ty wybaczasz, tak ja tobie wybaczę!
- Nie rozumiesz mnie! Nie chcesz mnie zrozumieć i nigdy nie rozumiałeś! - zaczął krzyczeć mężczyzna. - Mam swoje zasady i nie będziesz mi narzucał Twoich. Według swoich zasad żyłem i według nich chcę być oceniany! A dla mnie najważniejsza jest prawda!
- Jakim prawem żądasz prawdy od innych, skoro nie potrafisz powiedzieć jej samemu sobie? - spytał głos. - A gdybyś rzeczywiście żył według swoich zasad, nie byłoby większego problemu. Niestety, ty przestrzegania tych zasad żądałeś wyłącznie od innych. Sam bardzo łatwo odpuszczałeś sobie swoje własne zdrady. Wręcz byłeś z nich dumny i chwaliłeś się nimi.
Promień zgasł nagle ucinając rozmowę i pogrążających wszystkich w mroku. Kiedy zabłysnął znowu padł na Sargura.
- Sargur!
Sargur stał nieruchomo, przerażony tym, co widział.
- Sargur!
- Sargur!
„ Ja mogę wpuścić każdego, ale nie każdy chce wejść...” usłyszał jeszcze raz głos ogrodnika...
