Sargur wysunął się na sam skraj linii drzew, pilnując, żeby nie wyjść z cienia panującego w głębi puszczy. Tu był niewidoczny. Zielony kolor twarzy i ubiór z niewyprawionych skór zwierząt zapewniały mu dodatkowe maskowanie. Metalowe elementy wyposażenia zwiadowcy były starannie ukryte pod skórami i pokrywającym je futrem. Mimo swojej postury bez trudu mógł się ukryć w nawet niespecjalnie gęstym lesie.
- Kiedy wróg na was patrzy, ma widzieć krzak, buszujące w trawie i wśród krzaków zwierzę, ale nie ogra – powtarzał zawsze Sargur szkolonym przez ciebie zwiadowcom Klanu Smoczego Zęba.
Bo Sargur był ogrem. Najprawdziwszym ogrem. Wysokim, zwalistym, przygarbionym, z uniesionymi ramionami i rozwiniętym mięśniem kapturowym, chroniącym kark. Z wysuniętą dolną szczęką i krzywym zgryzem, powodującym wystawanie kłów. Zielonoskórym i patrzącym spode łba na świat.
Jak każdy ogr, Sargur wyglądał tak, jakby każdej spotkanej istocie chciał skręcić kark lub przynajmniej obić twarz. Poruszał się też w sposób charakterystyczny dla ogrów, nie równoważąc kroku ruchem przeciwstawnej ręki, ale tocząc się całą połową ciała tak, jakby każdy krok był jednocześnie powiązany z ciosem pięści. Ale potrafił również przemykać zwinnie i bezszelestnie, jak duch. Był przecież zwiadowcą.
Teraz jednak stał w mroku rzucanym przez starożytne dęby na skraju lasu. Za nim czaiło się dwóch takich, jak on, lecz wyraźnie młodszych ogrów. Przed nim zaś wznosił się łysy szczyt góry, pokryty usypiskiem kamieni, na którego szczycie stała forteca.
Tak, forteca. Gród na Łysej Skale był bowiem największą fortecą krainy Haer. Wzniesiono go dwieście lat temu po pierwszej próbie najazdu połączonych sił demonów i ogrów, z trudem odpartego przez wolne rasy Haeru. W ośmiodniowej bitwie u stóp Gór Barierowych, na szerokim błoniu, zwanym Nadrzecze, elfy, ludzie i krasnoludy zmiotły armię inwazyjną, którą prowadził nieślubny syn Berftryka, zmarłego krótko wcześniej króla elfów. Groźba została usunięta. Ogry wróciły do swoich siedzib u południowego skraju Gór Barierowych, w krainie Welinesa. Demony zaś odeszły na Wschodnie Pustkowia, skąd przybyły. Nie na długo. Osłabione wojną wolne rasy musiały wycofać się w głąb Wiecznej Puszczy, a armie ogrów i demonów zalały równiny i stepy nad Morzem Południowym.
Elfy, ludzie i krasnoludy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że kolejny najazd jest kwestią czasu. Dlatego w środku Haeru, na najwyższym szczycie Gór Świetlistych, zwanym Łysą Skałą, trzy rasy wzniosły twierdzę, w której schronienie mogły znaleźć wszystkie wolne ludy i zgromadziły w niej wszystkie najcenniejsze dla siebie rzeczy.
- Na Welinesa, nie ma szans, żebyśmy to coś zdobyli – usłyszał Sargur za plecami. Obejrzał się. Jeden z towarzyszących mu młodziaków podszedł przyjrzeć się twierdzy.
- Ano nie ma – uśmiechnął się Sargur. – Jeśli w środku jest pełna załoga oraz uciekinierzy, wały i zgromadzone w środku zapasy pozwalają obrońcom wytrwać nawet rok oblężenia.
- To jak sobie z nią poradzimy? – spytał zdumiony młodziak.
- Nie ma twierdz nie do zdobycia, a im twardsza się wydaje, tym łatwiej znaleźć szczelinę, którą można wykorzystać do jej łatwego opanowania.
***
- Nie ma twierdz nie do zdobycia – wysoki czarnowłosy, kędzierzawy elf popatrzył przeciągle na każdego z podległych mu dowódców. – Im twardsza się wydaje, tym łatwiej znaleźć słaby punkt, pozwalający łatwo ją opanować. Co jest naszym słabym punktem?
Dowódcy, elf, krasnolud i człowiek spojrzeli po sobie.
- Na pewno nie wały – zaczął krasnolud. – Obsypane ziemią wielkie skrzynie wypełnione kamieniami potrafią wytrzymać uderzenie głazów, wyrzuconych z dowolnej katapulty. Pochyłość stoków Łysej Skały nie pozwala rozwinąć ataku piechoty, a na wały nie da się wspiąć, jeśli tego nie chcemy. Do tego mamy tunel, prowadzący daleko za wały, którym możemy dostarczać zaopatrzenie i wsparcie dla walczących.
- Załogę stanowią najlepsi, wybrani wojownicy z każdej z ras – dodał człowiek. – Wszyscy gotowi walczyć do końca, wierzący w moc Jasnego Pana, którą da nam Kryształ Gwiazd.
- Moc nam da wiara w Jedynego, a nie jakieś ludzkie gusła – żachnął się elf, ale stropił się, zgaszony wzrokiem ciemnowłosego pobratymca. – Wybacz Merkanie, ale rzuca mną, kiedy słyszę, jak z naszego króla Berftryka robią jakieś bóstwo. Berftryk był wielkim wodzem, gromiącym ogry i demony, ale był elfem, a nie bogiem. Bogiem jest Jedyny, Niebiański i Dający, a jego znakiem jest włócznia…
- Nie pora na spory o bogów i ich imiona – przerwał czarnowłosy elf, nazwany Merkanem. – Mówmy, jak się bronić i jak nie utracić Kryształu Gwiazd. Bez względu na to, co o nim myślimy, nie wolno nam go oddać wrogowi.
***
- I co się stanie, jak zdobędziemy Kryształ Gwiazd? – spytał Sargura drugi z młodziaków, kiedy doświadczony zwiadowca wyjaśnił im, jakie jest ich zadanie.
- Wielu wierzy w to, że świat się zachwieje w posadach, zacznie ubywać dnia, a przybywać nocy, aż wszystkim zawładną ciemności. Wtedy Czerwony Książę będzie mógł swobodnie wtargnąć na ziemie Haeru i podbić je, aby oddać je ogrom i demonom.
- E, niemożliwe – obaj młodzi trwożliwie rozejrzeli się po niebie. – Dnia i nocy jest przecież tyle samo.
- No właśnie – roześmiał się Sargur. – Żaden kataklizm nie grozi. Ale te głupki o tym nie wiedzą. Jak tylko stracą Kryształ Gwiazd, rzucą się sobie do gardeł i zacznie się między nimi bratobójcza walka. A my będziemy na to czekali.
- Ruszcie się, wracamy do obozu – rozkazał młodziakom.
Obóz ukryty był w głębi puszczy, pół dnia drogi od twierdzy. Odpowiednio rozstawione straże chroniły go przed przypadkowym wykryciem. Zamiast namiotów żołnierze rozstawili kryte zielonymi gałęziami szałasy, mogące z powodzeniem udawać krzaki lub niskie drzewa. Pośrodku w rozległej półziemiance krytej mchem i darnią urzędował dowódca tej wyprawy.
- Bądź pozdrowiony, panie, dowódca zwiadu Sargur melduje powrót patrolu – zameldował się ogr wchodząc do półziemianki.
- Witaj, mój przyjacielu – wysoka postać w futrzanej czapie odwróciła się w jego stronę od ogniska, płonącego pośrodku izby. Sargur poczuł na sobie świdrujący wzrok gorejących czerwonych oczu. W spowijającym półziemiankę mroku widać było tylko te oczy i zarys potężnej sylwetki ich właściciela. Można było odgadnąć mimikę twarzy. Jednak nic więcej o gospodarzu nie dało się powiedzieć. Był jakby cieniem ze świecącymi ogniem oczami, od którego emanował gniew, frustracja, złośliwość i traktowanie przedmiotowo każdej żywej istoty.
Sargur, choć jako zwiadowca nieraz stawiał czoła niebezpieczeństwu i naprawdę nie znał strachu, tym razem poczuł nieprzyjemny dreszcz. Zawsze tak miał, kiedy stawał twarzą w twarz z demonami i diabłami, a przed nim stał diabeł w czystej postaci. Tymczasem gospodarz życzliwie uśmiechnięty mówił dalej sztucznie miłym głosem.
- Czerwony Książę na pewno będzie pamiętał twoje zasługi i da ci należne ci miejsce wśród swoich wybranych.
- O niczym bardziej nie marzę – pokłonił się Sargur diabłu.
- Z czym przychodzisz? – zagaił diabeł.
- Obejrzałem Gród na Łysej Skale i miałeś, panie rację. To potężna twierdza, której nie sposób zdobyć, kiedy ma pełną załogę. Jeśli jednak grodu strzeże tyko oddział wartowniczy, nie mają szans, by upilnować całej linii wałów i wtedy bez trudu uda nam się wejść do środka i otworzyć bramę.
- Czyli wiesz, co masz zrobić? – spytał diabeł.
- Tak – potwierdził ogr. – Wejdę samotrzeć od północnej strony, gdzie stok góry jest łagodniejszy i łatwiej podejść pod wał. Wespniemy się pod ostrokół i wdrapiemy się na niego. Powinniśmy dać radę bez lin i kotwiczek. W środku przemkniemy do bramy i otworzymy ją, po czym damy sygnał twoim wojskom za pomocą pochodni.
- Tak, dokładnie tak – potwierdził diabeł.
- Panie, ale załoga ma trzystu wojowników, po stu z każdej rasy – Sargur nie mógł się powstrzymać, żeby nie wyrazić swoich wątpliwości. – W jaki sposób nasza niecała setka ma im dać radę?
Diabeł roześmiał się, a Sargurowi przeszły ciarki po plecach. Ten śmiech przerażał.
- Nie doceniasz potęgi władania duszami i ciałami – odparł rozbawiony diabeł.
- Masz na myśli… nekromancję, panie?.. – spytał ogr z trudem przełykając ślinę.
- Tylko ignoranci tak nazywają Szlachetną Sztukę panowania nad życiem – odparł diabeł. – Jeśli ktokolwiek, choćby ty z twoimi ogrami, zginie poza liniami wroga, ja przywrócę go do życia, a wtedy na ich tyłach pojawi się druga armia, rosnąca z każdym poległym przeciwnikiem. Nasze szeregi będą rosły, a ich malały. Aż do zera!
- Ten plan jest… - wyszeptał pobladły Sargur.
- Diabelski? – roześmiał się znów diabeł swoim upiornym śmiechem. – Diabelska armia ma diabelskie plany! Nie martw się, nie zapomnę o tobie i jako nieumarły będziesz w moim osobistym poczcie. To zaszczyt, jaki niewielu spotyka – diabeł odwrócił się, dając gestem do zrozumienia, że rozmowa skończona.
Sargur skłonił się i wyszedł z półziemianki na majdan obozowiska. Diabelski śmiech wciąż dźwięczał mu w uszach. Usiadł, aby ochłonąć.
A więc to tak. Przeznaczono mu śmierć w trakcie tej misji, a potem służbę przez wieczność w szeregach armii nieumarłych. Jego życie nie ma żadnego znaczenia, liczą się tylko posiadane przez niego umiejętności.
Sargur był żołnierzem i jak każdy żołnierz dbał o swoje życie mniej, niż spokojni rolnicy. Ale niezbyt podobało mu się to, że ktoś świadomie nie tyle zaryzykował jego życiem, co na wojnie jest normą, ale po prostu uznał je za nieistotne. Poczuł się z tą myślą niewyraźnie, jak nigdy dotąd. Nie przywykł do traktowania, jakby był przedmiotem. Przeciwnie, każdy ogr wychowywany jest w przekonaniu, że należy do rasy panów i świat do niego należy, że to inni są przedmiotami, mającymi mu służyć zwierzętami, sprzętami, inwentarzem, a w najlepszym przypadku rasą niższą. Nagle sam został potraktowany tak samo. Diabłu co prawda pewnie się wydawało, że oferując mu miejsce w swojej świcie docenia go i nobilituje, ale sam fakt spisania jego życia na straty powodował silny dysonans.
- Czemu tak się zamyśliłeś? – usłyszał nagle głos, dobiegający spod ziemi. Drgnął, ale gdyby nie opanowanie, nabyte przez lata służby zwiadowcy, chętnie podskoczyłby do góry. Przed nim stał kościej i patrzył swoimi oczodołami.
- Zadumałeś się, jakbyś rozważał sprawy życia i śmierci – kościej poruszył żuchwą, a głos dobiegł znów spod ziemi. Sądząc z postury oraz kształtu czaszki i zgryzu, musiał kiedyś stanowić szkielet ogra.
- Prawie trafiłeś – mruknął. –Czego chcesz?
- Nie jesteś zbyt uprzejmy – kościej opuścił szczękę, co chyba miało oznaczać uśmiech. – Czyżbyś nagle zrozumiał, że mimo całego twego bohaterstwa jesteś po prostu trybikiem w maszynie mocniejszych od ciebie?
- Coś w tym guście – odburknął Sargur. Kościej wyszczerzył się jeszcze bardziej.
- No cóż, doskonale rozumiem – kościej nie ustępował. – Kiedyś też robiłem wszystko, żeby swoim bohaterstwem zasłużyć na miejsce w świcie Haqna, Welinesa, czy nawet Czerwonego Księcia. I rzeczywiście, zaraz po śmierci zostałem przywrócony do życia jako mroczny jeździec. A kiedy zginąłem jako mroczny jeździec, przywołano mnie z powrotem, jako wampira. A po śmierci wampira, jako upiora. Straciłem już rachubę, ile razy byłem animowany i ile razy moje kolejne ciało ginęło. Z każdym kolejnym wskrzeszeniem traciłem coś ze swojego materialnego ciała, więc i w strukturze armii byłem degradowany. Kiedy stracę szkielet, animują mnie, jako ducha, który będzie im usługiwał i biegał na przeszpiegi. Taki los wszystkich, którzy poszli za wezwaniem demonów.
Sargur słuchał osłupiały.
- Na Welinesa, nie – wyszeptał. – Przecież mieliśmy po śmierci wejść w skład świty Welinesa i razem z nim ucztować po koniec świata.
- Ucztować i walczyć – poprawił kościej. – I to prawda. Nie powiedziano nam tylko, że będziemy to robić jako nieumarli. Przecież Welines, bóg, w którego wierzysz, to pan świata umarłych, więc na co liczyłeś?
Sargur zerwał się i szybkim krokiem ruszył w las.
- Nie uciekaj, nie unikniesz swojego losu, który jest ci zapisany – zawołał za nim kościej.
***
Gród na Łysej Skale był największą twierdzą centralnej części Haeru. Wznosił się na płaskim, pozbawionym drzew najwyższym szczycie Gór Świetlistych, skąd rozciągał się widok na okoliczne ziemie.
Gród miał kształt obszernego kręgu, w którego centrum stała, pięciopiętrowa wieża na planie kwadratu, zbudowana z drewnianych bali. Na dwóch najniższych kondygnacjach wieży oraz w piwnicach dwie kondygnacje w głąb ziemi znajdował się spichlerz, wypełniony zbożem. Było tego tyle, żeby wystarczyło dla kilku tysięcy istot na rok. Załoga Grodu stale kontrolowała stan zboża, chroniła je przed szkodnikami i uzupełniała z danin, dostarczanych przez poszczególne rasy. Wykopana przy wieży studnia zapewniała świeżą wodę.
Trzecia i czwarta kondygnacja mieściła izby dowódców Grodu oraz świetlicę, w której odbywały się narady i oficjalne spotkania. Przy południowej ścianie świetlicy stał Ołtarz Niebios, na którym w otoczeniu pochodni i w specjalnym stojaku umieszczony był ogromny oszlifowany kryształ wielkości męskiej pięści. Kryształ Gwiazd według wierzeń wszystkich ras zapewniał cykliczny ruch słońca i gwiazd po nieboskłonie. Rzeczywiście blaski, jakie rzucał tworzyły na ścianach i powale coś w rodzaju mapy nieba, dość dokładnie odwzorowującej stan faktyczny. Za Ołtarzem Niebios ukryty był skarbiec, w którym zgromadzone były artefakty cenne dla trzech wolnych ras.
Na ostatnim piętrze wieży, nakrytym spadzistym dachem, znajdowała się zbrojownia łuczników oraz stanowiska obronne dla sześćdziesięciu strzelców.
Wał, okalający gród zbudowany był u podstawy z trzech pierścieni skrzyń wykonanych z drewnianych bali, uszykowanych w trzy przedzielone sufitami kondygnacje, każda o wysokości dwóch ludzi. Z każdą kondygnacją ilość pierścieni, tworzonych przez skrzynie zmniejszała się o jeden tak, że od strony dziedzińca była jedna kondygnacja, w środku dwie, a od strony zewnętrznej trzy.
Szczyt wału zwieńczony był palisadą, będącą przedłużeniem zewnętrznej pionowej ściany trzeciego rzędu skrzyń. Całość od zewnętrznej strony obsypana była ziemią, w którą wbito nachylone na zewnątrz zaostrzone pale.
Dwie kondygnacje skrzyń od strony zewnętrznej były wypełnione ziemią i kamieniami, co chroniło je przed skutkami trafienia głazami z katapult. Pozostałe były puste i przekształcone w izby. W skrzyniach najniższej kondygnacji od strony dziedzińca urządzone były izby dla załogi. Nie miały drzwi, a wchodziło się do nich po drabinach przez zamykane klapami dziury w dachach. Jedno wejście przypadało na trzy izby. Schodziło się do środkowej, z której przez drzwi wewnętrzne przechodziło się do izb sąsiednich po prawej lub lewej. W ścianach od strony dziedzińca były okna dla łuczników, na tyle duże, żeby ułatwić pracę strzelcom, ale zbyt małe, żeby nikt przez nie nie przeszedł.
W najniższej kondygnacji środkowego pierścienia znajdowały się magazyny żywności i broni dla mieszkających obok żołnierzy, a także więzienie. Przechodziło się do nich przez wewnętrzne drzwi w co trzeciej izbie. Stąd można było po drabinie wyjść na drugą kondygnację. Także i tu przejście było w co trzeciej izbie. Druga kondygnacja nie miała w ogóle zewnętrznych wejść, ani przez drzwi, ani przez klapy w dachach. Były za to wąskie okienka, dla łuczników i włóczników broniących twierdzy.
Wyglądało to zatem tak, że aby wejść do pomieszczeń na drugiej kondygnacji środkowego pierścienia trzeba było wejść po drabinie na pierwszy rząd skrzyń, znaleźć w podłodze klapę wejściową (w czym strzelający z łuków i kłujących włóczniami obrońcy nie pomagali), otworzyć, zejść po drabinie (w razie obrony zeskoczyć) do izby w pierwszej kondygnacji pierwszego pierścienia. Tu przez wąskie drzwi (też w razie oblężenia bronione) przejść do sąsiedniej izby (najlepiej tej właściwej), gdzie znajdowały się drzwi do wewnętrznego pierścienia, przejść do kolejnej izby, znowu, znaleźć kolejne drzwi, przejść do następnej izby (znowu znaleźć tę właściwą), wspiąć się po drabinie, otworzyć klapę w podłodze (w czym obrońcy nie pomagali) i wejść do izby na drugiej kondygnacji.
Nieco skomplikowane, ale w zasadzie wykluczało możliwość zdobycia twierdzy.
Trzecia kondygnacja, znajdująca się tylko na szczycie zewnętrznego pierścienia, nie miała połączenia z pozostałymi skrzyniami. Każda izba miała niezależne wejście od strony dziedzińca i oczywiście wąskie okna. Sufit trzeciej kondygnacji był jednocześnie gankiem wzdłuż palisady, utworzonej z zewnętrznej ściany ostatniego pierścienia skrzyń.
Taka konstrukcja twierdzy pozwalała walczyć zarówno przeciw napastnikowi, który znajdował się na zewnątrz, jak i bronić się przed wrogiem wewnętrznym lub w przypadku wdarcia się agresora do środka.
Stała, trzystuosobowa załoga Grodu zajmowała tylko niewielką część izb, w których mieszkało po pięciu żołnierzy. Pozostałe izby oraz obszerny pusty dziedziniec pozwalały schonić się tu wielu tysiącom ludzi, elfów i krasnoludów, którzy w razie potrzeby wzmacniali załogę grodu. Wówczas Gród stawał się twierdzą nie do zdobycia.
Ale taka sytuacja zachodziła tylko wtedy, gdy do Grodu ściągała ludność z okolicy, szukając tu schronienia. Normalnie mieszkali oni w swoich leśnych ostępach, osadach i grotach. W czasie pokoju załogę Grodu stanowiło tylko trzystu przedstawicieli trzech wolnych ludów, po stu wojowników z każdej z ras. Dowodziło nimi trzech wodzów, po jednym na każdą rasę, którzy zmieniali się co miesiąc, podczas każdej pełni. Kiedy przedstawiciel jednej rasy był dowódcą całości, jego oddziałem dowodził jego zastępca. W radzie i tak przypadał jeden głos na jedną rasę.
Stała załoga miała na celu tylko pilnować Grodu i dbać o jego wyposażenie. W razie ataku mogła jednak obsadzić tylko niewielki fragment wału.
- Dlatego nie jesteśmy w stanie obronić Grodu sami – tłumaczył Merkan zgromadzonym w świetlicy dowódcom. – Jednak z tego, co wiemy od skrzatów, które poszły na zwiady, oni też nie są w stanie przeprowadzić frontalnego ataku. Jest ich trzy razy mniej, niż nas. Oznacza to, że chcą uderzyć podstępem.
- Na pewno postarają się wejść skrycie do środka i otworzyć bramę, żeby wpuścić przez nią właściwych napastników – odezwał się siedzący dotąd w cieniu starzec w zielonym płaszczu z kapturem, nasuniętym na głowę. – Dziś rano w pobliżu Grodu widziałem Sargura. To ich najlepszy zwiadowca od takich zadań. Potrafi wejść wszędzie i nigdy nie ma wątpliwości.
- I my im to zadanie ułatwimy – uśmiechnął się Merkan. – A ty, Pal, chroń nas swoimi modłami – zwrócił się do starca w zielonym płaszczu. – Będą nam potrzebne.
- Dobrze, że rozumiesz, że potrzebujesz pomocy mocniejszych od siebie – kiwnął głową Pal. – Jaki masz plan?
***
- Powiedziałem wam wszystko, co wiem – kończył Sargur przemowę do swoich dwóch towarzyszy. – Ćwiczyliśmy razem i walczyliśmy razem. Jesteście dla mnie, jak młodsi bracia. Nie mogłem przed wami taić, jaką rolę mamy w planach tego diabła. I teraz proszę was, nie dajcie się zabić. Zróbmy, co do nas należy i przeżyjmy. Diabłu na złość i na przekór. Niech gdzie indziej szuka sobie frajerów, co całą wieczność będą dla niego walczyć.
- Tak będzie, szefie – odpowiedzieli młodzicy. Uścisnęli się wszyscy trzej i ruszyli na stok Łysej Skały.
Mieli ze sobą tylko to, co potrzebne. Hełmy, skórzane pancerze, nie krępujące ruchów, krótkie miecze, sztylety i małe, okrągłe tarcze.
Korzystając z zapadającego powoli zmroku przedostali się przez ciemniejący las pod sam północny stok Grodu. Kiedy wyszli spomiędzy drzew, była już całkowita noc. Nów zapewniał im niewidoczność. ale także ograniczał pole widzenia.
Bezszelestnie, wbijając sztylety i miecze w ziemię, wspięli się na wał pod sam ostrokół, wznoszący się nad nimi na wysokość jednej kondygnacji. Tu Sargur stanął pod otworem strzelniczym i oparł się plecami o ścianę z bali, a jeden z młodzików przy pomocy drugiego wspiął mu się na ramiona. Młody ogr wysunął głowę ponad granicę ostrokołu i dyskretnie się rozejrzał.
- Spokój i pusto, szefie – zameldował prawie bezgłośnie, po czym jak wąż wślizgnął się na wał i położył płasko na chodniku.
Cisza. Żadnego alarmu, ani jakiegokolwiek sygnału, że zostali zauważeni.
Zaszurało i przez otwór strzelniczy wślizgnął się na wały Sargur. Znów znieruchomieli, a kiedy nadal panowała cisza, szybko pomogli wejść drugiemu młokosowi.
I nadal nic.
Sargur był już pewien, że są w pułapce. To niemożliwe, żeby nikt nie zauważył ich ruchów i żeby przez ten czas, kiedy się wspinali, nie podszedł do nich żaden patrol. Nie miał jednak odwrotu. Musiał wykonać zadanie.
Korzystając z mroku szybko przemknęli po wale do wyżki wartowniczej nad bramą i uruchomili kołowrót opuszczający most zwodzony, a następnie pociągnęli liny, podnoszące bronę. Młodziacy zbiegli na dół, żeby zdjąć belkę zamykającą wrota i otworzyć bramę, a Sargur zapalił pochodnię i pomachał nią przez okno wyżki, dając znak zaczajonemu na skraju lasu oddziałowi. Od tej chwili każdy miał radzić sobie sam.
Zadudniła setka nóg na trakcie, potem na moście i oddział szturmowy wtargnął na środek dziedzińca. Ledwie wynurzyli się z bramy, na wale zapłonęły ogniste strzały, które z furkotem obrońcy Grodu wystrzelili w stronę kotłów ze smołą, otaczających centralną wieżę. Na dziedzińcu zrobiło się jasno, jak w dzień. Dziesięć kotłów płonącej smoły oświetlało napastników, pozwalając swobodnie ostrzeliwać ich łucznikom ukrytym w mroku na wale. Brzęknęły cięciwy i świsnęły strzały. Napastnicy jeden po drugim zaczęli padać.
Sargur nie czekał. Wyskoczył przez boczne okno wyżki prosto na zewnętrzny stok wału i sturlał się do jego podnóża. Tu znieruchomiał, a po chwili skrycie ruszył wzdłuż wału jak najdalej od bramy. Tu ukrył się w mroku za jednym z wbitych ukośnie pali i obserwował.
Z lasu w stronę bramy pędził drugi oddział, o którym dotąd nie wiedział. I liczył więcej, niż sto demonów, nieumarłych i ogrów. Tam było ich z pięć setek. Zobaczył, że spod zwodzonego mostu wyskakuje jeden z jego podkomendnych i przyłącza się do atakujących. Rozejrzał się. Nie widząc nikogo, wspiął się znów na wał. Wyskoczył w górę. Złapał niską krawędź palisady w otworze strzelniczym i podciągnął się do góry. Sprawdził, że najbliżsi łucznicy są dość daleko i skupieni są na strzelaniu w kłębiący się na dziedzińcu tłum. Zeskoczył na ganek, a potem na dach środkowego pierścienia. Obmacał ścianę szukając drzwi. Były otwarte. Widocznie ta izba normalnie nie była zamieszkana. Upewniwszy się, że jest izba pusta, wślizgnął się do środka, zamykając za sobą drzwi i zabezpieczając je kłodą.
Odetchnął. Był na razie bezpieczny. Potem pomyśli, jak stąd wyjść. Podszedł do okienka strzelniczego i obserwował.
Na dziedzińcu trwała rzeź. Elfi, ludzcy i krasnoludzcy łucznicy beznamiętnie szyli z łuków do kłębiącego się wyjącego tłumu demonów, nieumarłych i ogrów. Ale co bystrzejsi z napastników znaleźli schronienie w zacienionych miejscach i z nich zaczęli strzelać do obrońców. Kilka demonów przyniosło z zewnątrz drabinę, dostawiło ją do wału od strony dziedzińca i wdarło się na okrężny chodnik na dachu pierwszej kondygnacji. Zginęło przy tym trzy razy więcej, niż weszło, ale tych kilkunastu na wale wystarczyło, żeby zrobić wyłom w obronie, poprzez odwrócenie uwagi części łuczników. Kilka ogrów, prowadzonych przez drugiego podkomendnego Sargura weszło na wał od zewnątrz, w ten sam sposób, jak on z młodziakami chwilę wcześniej. Stojąc na gangach szyli strzałami i kłuli włóczniami w okienka strzelnicze izb.
Po stronie obrońców zaczęli padać zabici. Z trzystu wojowników poległo już pięćdziesięciu. Bezpieczna była tylko załoga wieży, złożona z trzydziestu łuczników pod wodzą Merkana. I to oni na razie przeważyli szalę bitwy, ostrzeliwując oba oddziały napastników na wale.
Drabina od wału została odrzucona, a obie grupy demonów i ogrów, które wtargnęły na wał, wybite. Znów zaczęło się wybijanie tłumu na dziedzińcu. Wyglądało na to, że bitwa zbliża się do końca, a napastnicy utracili inicjatywę.
Wtedy Sargur zobaczył, że w oświetlonej płomieniami bramie stanął dowodzący napadem diabeł. W zasadzie nie widział postaci, ale jej ledwie wyraźny cień i płonące oczy. Diabeł wzniósł ramiona i zaczął recytować:
- Karanku Ezen biczamag cogcygamid bolgochyd urialibaina – rozległo się na cały dziedziniec. – Karanku Ezen biczamag cogcygamid bolgochyd urialibaina – stosy trupów, zalegające dziedziniec i chodnik na wale poruszyły się. – Karanku Ezen biczamag cogcygamid bolgochyd urialibaina! – zabici wstali, wzięli swoją broń i ruszyli w stronę obrońców. Walka wręcz rozpoczęła się na nowo, a każdy poległy wstawał ponownie i przyłączał się do napastników. Szeregi obrońców szybko topniały, a łucznicy z wieży nie nadążali ze strzelaniem. Za chwilę zamek padnie.
- Atta unsar thu in Himminam gif uns thana maht. Lausjei uns af thamma ubilin. Wihnai namo thin! – potężny głos wzbił się ponad zgiełk bitwy. W blasku płomieni zobaczyli starca w zielonym płaszczu z kapturem stojącego na dachu wieży, wznoszącego ręce do nieba i wołającego w języku elfów.
- Wzywany! – zawołały elfy wznosząc miecze i natarły z furią na napastników, spychając ich z wału.
- Darujący! – przyłączyli się wojownicy ludzi robiąc porządek na swoim odcinku.
- Dobry! – przyłączyły się krasnoludy.
- Karanku Ezen biczamag cogcygamid bolgochyd urialibaina – nie ustępował diabeł i znów grupa poległych dołączyła do napastników.
- Wihnai namo thin! – walczył z nim człowiek z dachu wieży.
Nagle powiał wiatr, noc jeszcze bardziej ściemniała i w sam środek nieumarłych uderzył z hukiem grom, paląc truchła na popiół. Wszyscy zadarli głowy. Na tle gwiazd ujrzeli olbrzymią ciemną sylwetkę. Trudno było poznać, czy to chmury układają się w jakąś postać, czy jakaś istota przybrała kształt chmur.
- Wihnai namo thin! – wołał Pal.
I znów seria gromów przeorała szeregi wrogów.
- Pan Gór! – krzyknęły elfy.
- Piorun! – zawołali ludzie.
- Jaśniejący! – wtórowały krasnoludy.
Kolejny grom do końca zniszczył szeregi nieumarłych, a ogry i demony zmusił do szukania schronienia. Gdy już zdawało się, że bitwa jest skończona, otworzyły się drzwi w wieży i do diabła podbiegł ktoś w stroju załogi Grodu, podając mu jakieś zawiniątko.
Diabeł roześmiał się szyderczo i w uniesionej dłoni pokazał wszystkim…
Kryształ Gwiazd!
Kolejny grom uderzył tuż obok niego, ale diabeł nic sobie z tego nie robił. Odwrócił się i wyszedł z Grodu, kierując się w stronę lasu.
Sargur nie wytrzymał i wyszedł z powrotem na ganek wału, a następnie wspiął się pod palisadę. Przywarł do niej, obserwując rozwój sytuacji.
Rzucająca gromami postać, nazywana Grzmotem, Piorunem i Jaśniejącym, biła raz po raz, starając się uderzyć diabła. Podobnie łucznicy skupili się na ostrzale piekielnego dowódcy. Ale ten zręcznie unikał ciosów. Jego szyderczy rechot wznosił się ponad szczytem.
Kiedy diabeł doszedł do linii drzew, odwrócił się i wznosząc rękę w górę zawołał:
- Gal czamajd szataah!
W tym momencie z dłoni diabła wyskoczył płomień, który w mgnieniu oka objął cały Gród. Ogień wybuchł tak gwałtownie, że rozsadził konstrukcje, zawalając wał i wieżę, przekształcając całą twierdzę w jeden wielki stos.
Sargur zdążył tylko zeskoczyć na środkowa kondygnację i otworzyć drzwi do izby, gdy gorący podmuch pchnął go środka. Rozległ się huk walących się belek i kamieni i zapadła ciemność…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz